Przebywam ostatnio dużo z ludźmi. Różnymi. Bliskimi bardziej lub mniej. Zastanawiam się co determinuje, że kogoś postrzegamy tak a nie inaczej. Bo przecież każdy z nas ma wiele twarzy. Obnażamy się w różnych sytuacjach i pokazujemy się mniej lub bardziej. Co jest prawdziwym obliczem? Wtedy kiedy jesteśmy w ekstremalnej sytuacji, gdy mamy tzw. nóż na gardle i potrafimy być np. nie mili czy zaborczy. Czy prawdziwi jesteśmy będąc w sytuacji jak najbardziej komfortowej dla nas. Czy może jak dopiero kogoś spotykamy po raz pierwszy i chcemy wydobyć z siebie to co najlepsze?
No właśnie. Wiecie kiedy jesteście sobą? I co to w ogóle znaczy?
Bo ja jestem sobą i wtedy kiedy pochylam się nad bezdomnym ćpunem i robię bez zastanowienia „usta usta” żeby uratować jego jakże chujowe(z mojej perspektywy) życie i wtedy kiedy powiem do kogoś takiego „a spadaj” kiedy prosi mnie o PLN na wódę. I wtedy kiedy moja córka wzbudza we mnie największą czułość na świecie i wtedy kiedy mam ochotę jej tak przywalić, że nie musiała by już nigdy iść do ortodonty.
No kiedy niby jestem sobą?
Doszukujemy się u innych zalet czy jednak wad? Mówimy: no ma to i owo za uszami ale w sumie dobry z niego Herbatnik?
No nie wiem tego. I nie rozumiem.
W niedziele zazwyczaj mam wiele pytań i nie wiele rozumiem. Nawet kurwa na sanki nie można wyjść, chociaż jest prawie koniec stycznia, bo jest 10 st. na plusie i deszcz pada.
Jak żyć? Panie premierze?!!
Filozoficznie chciałam zauważyć, że wszystko się zmienia i wszystko mija. Odkrywcze Aleksandro. Ja się zmieniam. Chociażby fizycznie, no bo poza tym , że pięknieję z każdym dniem :), to np. mam w tej chwili włosy do ramion a jeszcze kilka m-cy temu miałam ledwo za ucho. Ale tak naprawdę nie chodzi mi o to co przemija i zmienia się fizycznie. Myślę raczej o tym jak zmienia się system wartości, jak zmieniają się uczucia, jak zmienia się postrzeganie, jak mijają dni i wydarzenia w nich, i że pozostają tylko wspomnienia.
I w głowie majaczą mi często, zasłyszane gdzieś słowa, że wszystko co robimy czynimy dla wspomnień.
Dla wspomnień, które będą kiedyś inne, zniekształcone i zmienione. Z inną interpretacją...
Bo czy za 20 lat będę dokładnie pamiętać to co wydarzyło się teraz? Czy za te 20 lat, przywołując w głowie obrazy z przeszłości, zakładając, że wyryje je w główce bardzo szczegółowo, to będę czuć to samo co czuję w tej chwili?
Nie.
Ileż to razy obiecywałam, że nigdy kogoś lub czegoś nie zapomnę. Dziesiątki. A w tej chwili nie odtworzę dokładnie widoku zatoki, którą widziałam 17 lat temu i zaklinałam się na wszystko, że zawsze będę ją pamiętać. Pamiętam ją, owszem, ale na pewno nie taką jaką jest naprawdę. Gorzej! Nie pamiętam nawet kilku osób, którym obiecałam: „Nigdy Cię nie zapomnę.”, nie przypomnę sobie nawet ich imion i nie tłumaczy mnie nawet to, że to było z 25 lat temu na koloniach np. :)
Nie wspomnę o tym, że mogę mieć za jakiś czas Alzhaimera i wtedy na chuj mi moje wspomnienia?
Więc, nie, nie robię tego wszystkiego dla wspomnień. Robię to żeby przeżywać tu i teraz. Nie ma przeszłości a przyszłość jest bardzo nie pewna.
I tak naprawdę to jest bardzo dobre. Że wszystko sie kasuje jak leci...
Jedyne czego na pewno nie zapomnę, to tego co kocham (nie co kochałam, nie ma czegoś takiego jak: kochało się kiedyś-jeżeli tak się myśli to nigdy nie było miłością, kocha się na zawsze i nic tego nie zmienia. tyle), bo to bardzo nie wiele do zapamiętania i można się tego wykuć na pamięć. Jak tabliczki mnożenia, której... nie umiem tak na dobrą sprawę do dziś....